Bez samochodu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dziś podwójne święto: Światowy Dzień bez Samochodu oraz Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę. O tym drugim nie zamierzam nawet wspominać, bo „architekt” i „podwyżka” to dwa pojęcia, które praktycznie nigdy się nie zazębiają. Będzie więc o samochodach.

To niby żadna tajemnica, ale przyznam się do czegoś publicznie: mam na nie alergię. Nie pierwszy raz już o tym piszę, a studenci mają już pewnie dosyć mojego gadania na ten temat, ale myślę, że mówiąc o zrównoważonym transporcie na zajęciach wzbudzam większe zaufanie, jeśli faktycznie z niego korzystam. Tym bardziej, że nieraz zdarzało mi się parkować rower obok parkujących auta studentów. Alergia nie objawia się żadną wysypką i moja niechęć do czterech kółek nie jest wcale ortodoksyjna. Doceniam wygodę i rozumiem  doskonale, że w wielu sytuacjach dla samochodu nie ma sensownej alternatwy. Nie dostaję drgawek na myśl o przejażdżce i chętnie korzystam, kiedy ktoś proponuje podwiezienie. Mimo że całe dzieciństwo byłam wożona na tylnym siedzeniu i przemieszczanie się autem powinno mi się wydawać czymś oczywistym, nie mam jednak samochodu. Ba, nie mam nawet prawa jazdy! Nie dlatego, że mnie na samochód nie stać, chociaż nie ukrywam, że znam ciekawsze sposoby zagospodarowania pieniędzy. Kto ma udowodnić, że da się żyć bez auta, jeśli nie ja? Nie mam dzieci, które musiałabym wszędzie podwozić ani nie potrzebuję samochodu do pracy (chociaż czasem przydałby mi się samolot:). Miejsce zamieszkania świadomie wybrałam tak, żeby do wszystkich miejsc pierwszej potrzeby typu sklep, lekarz czy poczta dotrzeć w pięć minut pieszo. Kwadrans spaceru dzieli mnie od dwóch, a niedługo trzech centrów handlowych, mediateki i stacji kolejowej. Fryzjera mam w kamienicy – zawsze chciałam mieszkać w budynku, w którym na parterze są usługi (to takie małe zboczenie po lekturze Jane Jacobs). Szewc jest za rogiem i za każdym razem, kiedy przechodzę obok jego zakładu, kłaniamy się sobie uprzejmie. Po co mi samochód? Niestety, moje motoryzacyjne „zero” nie wpływa znacząco na średnią w dzielnicy. Niedawno poznałam mieszkającą w sąsiedztwie parę,  również zadowoloną z lokalizacji, tym bardziej, że do pracy ma blisko bezpośrednim tramwajem. Teoretycznie, bo głównym czynnikiem decydującym o wyborze tego miejsca zamieszkania były… dwa miejsca w hali garażowej.

USA

Ale nie będę się poddawać i zamierzam nadal promować zrównoważony transport. Można się tak przemieszczać nawet po tak nieprzyjaznej dla niezmotoryzowanych okolicy jak Stany. Potwierdzam – podróżowałam tak z moim osobistym urbanistą przez pięć tygodni i udało nam się pokonać 4,5 tysiąca kilometrów (z jednym skokiem samolotem, który pozwolił nam uniknąć trzydniowej przeprawy przez pustynię). Co prawda takie momenty jak przejazd nocnym autobusem przez najbardziej niebezpieczne dzielnice Miami jest dość emocjonującym przeżyciem, ale nie żałujemy swojej decyzji. Kiedy planowaliśmy podróż, w rozmowach ze znajomymi musieliśmy się mocno z niej tłumaczyć. Nikt nie rozumiał, dlaczego po prostu nie wypożyczymy samochodu i zrobimy tradycyjnego cross country, jak to się w Stanach robi. Nasze wyjaśnienia, że nie mamy doświadczenia i byłoby to dla nas bardzo stresujące, nikogo nie przekonywały. „Tak, tak, doświadczenie. Przyznajcie po prostu, że autobusy są tańsze od samochodu i dlatego je wybieracie” – śmiał się znajomy Amerykanin. Jeżdżenie greyhoundami, czyli amerykańskim odpowiednikiem PKS, okazało się jednak cenne z różnych powodów. Dopiero podróżując transportem publicznym byliśmy w stanie dostrzec społeczne różnice w poszczególnych częściach kraju. Okazało się na przykład, że między Bostonem a Nowym Jorkiem podróżują głównie młodzi, biali ludzie. W Kalifornii w czerwcu dominowali turyści, przede wszystkim brodaci, lekko przybrudzeni backpackerzy. Czasami podróżowaliśmy z amiszami. W biedniejszych stanach, przede wszystkim w okolicach Florydy i Luizjany, byliśmy często jedynymi białymi pasażerami. Czasem ktoś próbował nas nawracać na swoją religię, innym razem dochodziło do rasistowskich przepychanek. W niektórych częściach tego olbrzymiego kraju musieliśmy być bardzo egzotycznymi pasażerami, bo rozpoznawali nas, w kilkusetkilometrowych odstępach, kierowcy i panowie ładujący bagaże. Wszystko poszło sprawnie przede wszystkim dzięki smartfonowi, na którym na bieżąco sprawdzaliśmy połączenia – bez niego zdarzałoby się nam utknąć na kilka godzin w oczekiwaniu na kolejny autobus.

Ze smartfonem czy nie – mam nadzieję, że wszyscy dziś świętują Dzień bez Samochodu. Wszystkiego najlepszego z tej okazji!

San fran

[„Zrównoważone” taksówki w San Francisco]

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: