Co-, ale nie housing

Tybinga

Głośno ostatnio o wrocławskim projekcie „Nowe Żerniki”, inspirowanym międzywojenną wystawą WuWA. „Architektura-Murator” opublikowała w czerwcowym numerze skrajnie optymistyczny wywiad ze Zbigniewem Maćkowem. Aż podejrzany wydaje się ten bijący z rozmowy entuzjazm, zwłaszcza, że zaangażowani w projekt architekci podobno pracują za darmo, przepraszam, „społecznie”. Po raz pierwszy w Polsce testowana jest na większą skalę koncepcja wspólnej realizacji budynków wielorodzinnych przez grupy indywidualnych inwestorów, najczęściej nazywana kooperatywą budowlaną lub po prostu spółdzielnią albo mikrospółdzielnią (w krajach anglosaskich zwykle używa się określenia „co-ops”, czyli właśnie kooperatywy, w Niemczech – Baugruppen czyli grupy budowlane). W dużym skrócie: chodzi o stworzenie budynku mieszkalnego, ale unikając marży dewelopera. Urząd Miasta we Wrocławiu uczestniczy w koordynacji projektu i w celu jego wspierania stworzył system prawnych i finansowych ułatwień, m.in. możliwość użytkowania wieczystego, co znacznie redukuje wkład własny wymagany na początku inwestycji.

Podczas gdy zaangażowani w program partnerzy konsekwentnie używają określenia „kooperatywy”, niektóre media uparcie nazywają ten sposób zainwestowania „co-housingiem”. Tylko że to naprawdę nie to samo! Czyżby zadziałał wątpliwy urok nadużywanych anglicyzmów? Jeśli cała idea ma pozwolić odciąć się  od deweloperskich działań, po co powtarzać deweloperskie nazewnicze strategie? Tyle mają wspólnego z wsią polskie „village”, co „współmieszkanie” – bo tak brzmiałoby dosłowne tłumaczenie „co-housingu” – z wrocławskimi kooperatywami. Wspólne budowanie to nie to samo, co wspólne zamieszkanie. Może stanowić wstępny etap inwestycji i często tak się dzieje, ale nie każda grupa realizująca wspólny projekt mieszkaniowy planuje wspólne posiłki czy opiekę nad dziećmi – życie trochę jak w komunie. We Wrocławiu, owszem, wspomina się o możliwości stworzenia wspólnych pokoi gościnnych czy świetlic, tylko że w przypadku co-housingu współużytkowanie przestrzeni i współorganizowanie życia jest podstawową zasadą działania takiej społeczności, a nie tylko dodatkiem. Taki dodatek stanowią np. pomieszczenia na wózki czy place zabaw na typowych osiedlach deweloperskich albo sauny i spa w luksusowych apartamentowcach, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby nazywać życie tam „co-housingiem”.

Przy okazji może warto wyjaśnić znaczenie innej mieszkaniowej definicji, która, jak się obawiam, może zostać zinterpretowana w podobnie nieprecyzyjny sposób. Mam na myśli „cohabitation” czyli „kohabitację”. Czyli nasz zwyczajny polski „konkubinat”. Brak precyzji wynika stąd, że niekiedy rozciąga się to określenie na grupę osób prowadzących wspólne gospodarstwo domowe, ale niekoniecznie ze sobą sypiających. Chociaż może w sumie wszystko jedno w epoce „fuck friends”. Kolejnego anglicyzmu, który – podobnie jak „co-housing” brzmi zgrabniej niż „współmieszkanie” – łatwiej przechodzi przez gardło niż „przyjaciel do …”.

[Na zdjęciu budynki zrealizowane przez grupy budowlane w Tybindze (Französisches Viertel), fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

3 thoughts on “Co-, ale nie housing

  1. friend with benefit brzmi dostojniej 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: