Klęska urodzaju

invite

Architekci zawsze się spieszą, zarywają noce i nie mają na nic czasu. To najbardziej zapracowana grupa zawodowa i już. Nawet, gdy akurat zdarzy się posucha w zleceniach, nie wypada się do tego przyznawać i najlepiej jak najszybciej znaleźć sobie jak najwięcej architektonicznych lub okołoarchitektonicznych zajęć, które szczelnie wypełnią grafik.Tak właśnie zrobiłam, kiedy kilka tygodni temu zaczęłam urlop w oczekiwaniu na kolejny projekt i… grafik właśnie pękł w szwach.

Na początku urlopu udało mi się nawet odpocząć po oddaniu poprzedniego projektu i porządnie ponadrabiać zaległości towarzyskie. Ale to, co zaczęło się dziać w tym tygodniu, to już prawdziwa klęska urodzaju. Wszystko odbywa się jednocześnie. Tydzień zaczął się od klejenia makiety gdańskiej kamieniczki z siedmiolatkami ze szkoły, do której chodzi córka przyjaciółki. Obiecałam już dawno, że podziałam na dzieciaki autorytetem poważnej pani architekt (nawet specjalnie miałam ubrać się na czarno) i termin, jak na złość, wypadł akurat teraz. Poza tym robimy duży konkurs z Menthol Architects, więc nie dosypiam. Oddanie w przyszłym tygodniu – proszę o trzymanie kciuków. Musiałam szybko skończyć dawno zamówiony przez Architekturę-Murator tekst. Na obu uczelniach, na których prowadzę zajęcia, zrobiło się ostatnio wyjątkowo intensywnie – przeprowadzałam właśnie pierwszy w życiu egzamin. Pewien instytut badawczy zgłosił się z propozycją współpracy, więc właśnie przebijam się przez stos papierów. Skończyłam też – wszystko w tym tygodniu – duże opracowanie w temacie, o którym napiszę więcej, kiedy tylko projekt ruszy (sprawa mocno kontrowersyjna, więc na razie nie zdradzam szczegółów). A do tego wszystkiego – tadam! – nagle przyszło zaproszenie na previews Biennale w Wenecji. To te dwa dni przed oficjalnym otwarciem, kiedy na Biennale „się dzieje” – obecni są wszyscy kuratorzy i wystawiający architekci, media zasuwają, żeby puścić w świat pierwsze relacje, a jury przyznaje Lwy. Poza tym, jak wspominałam w pierwszym blogowym poście, strzelają korki szampana i odbywa się wielki lans – zresztą reklama rolexa na zaproszeniu mówi sama za siebie. Można za to nagle niespodziewanie wpaść na niewidzianych sto lat znajomych, którzy przylecieli z drugiego końca świata. Są też starchitekci – będę ich uważnie wypatrywać i mam nadzieję, że uda mi się zapolować z aparatem na Zahę wsiadającą do gondoli (znajomi z biura przegapili taki widok, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na previews, nieszczęśni!). Będę jak blogerka modowa na Fashion Weeku i obiecuję dużą relację na blogu*. Hm, czy powinnam zacząć myśleć o „stylizacjach” na każdy dzień?

Pewnie również popularnym ostatnio zwyczajem blogerek wypadałoby teraz opublikować swoje zdjęcie w obecnym zapracowanym stanie – w piżamie, wśród rozgrzebanych rzeczy i kubków po kawie, ale może pozostawię taki ekshibicjonizm innym. Obawiam się, że czekałby mnie telefon od Mamy („Drogie dziecko, jak można pracować w takim bałaganie?”). Można, można, zwłaszcza, kiedy czasu na sen nie starcza. Za to poziom adrenaliny utrzymuje się tak wysoko, że dałam nawet wczoraj radę skoczyć na Noc Muzeów, żeby zobaczyć instalację świetlną studentów, a potem na szybkie wino z przyjaciółmi. Usiadłam później znów do komputera i pracowałam do 03:00 nad konkursem. Jedno wiem na pewno – klęska urodzaju to mój ulubiony rodzaj klęski!

*Pierwsza, na świeżo i na żywo, będzie w gdańskim IKM – przypuszczalnie 9 czerwca, ale jeszcze potwierdzę termin.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: