Prysły zmysły?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Architektura w impasie: czy potrzebujemy nowej estetyki?” – pod takim tytułem odbyła się kilka dni temu kolejna debata w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Jednym z głównych poruszanych wątków był zarzut, że współczesna architektura jest bezduszna i pozbawiona życia. Ale jakiego życia? Podczas dyskusji okazało się, że prawie każdy ma zupełnie inne, subiektywne zdanie na ten temat.

Dla mnie „życie” architektury, w kontekście czysto estetycznym, to dwie powiązane ze sobą sprawy: zapisana w obiekcie historia i zmysłowość. Historię stosunkowo trudno „wprojektować” w budynek, bo wiąże się najczęściej ze śladami użytkowania. To połysk często dotykanej mosiężnej klamki, zagłębienie w wytartym kamiennym progu, skrzypienie drewnianych podłóg czy wilgotny zapach piwnicy. W nowym budynku można jednak zapisać inne historie – np. w odbitych w betonie śladach ręcznie układanych drewnianych szalunków. Widać wówczas nie tylko pracę ludzkich rąk, ale rownież włókna i sęki drewna – w zupełnie świeżej skorupie budynku zachowanych może być kilkadziesiąt lat istnienia lasu i doświadczenia rzemieślnika. Z kolei zmysłowość jest wpisana w każdy projekt. Prawie każdy, bo syropianowe pudełka są jej prawie pozbawione, ale współczesna architektura działa mocno sensualnymi środkami. Wyciąga je często na pierwszy plan – minimalistyczna kamienna ściana czy szlachetnie starzejąca się metalowa okładzina potrafi zadziałać na zmysły mocniej niż tradycyjna elewacja z oknami i gzymsami. Podczas gdy niektóre efekty można przewidzieć już na etapie doboru materiałów i formy, inne ujawniają się w całej okazałości dopiero po realizacji: gra światła, intensywność zapachu drewna, połysk mokrego od deszczu kamienia. Zmysłów mamy kilka, ale w odbieraniu architektury dominuje jeden – wzrok (pisał o tym m.in. Juhani Pallasmaa w „Oczach skóry”). Może to kwestia oglądania budynków głównie na zdjęciach, a może gubienia wrażliwości? Albo raczej jej niedoceniania, bo zmysły działają na poziomie, który nie wymaga intelektualnego przygotowania do odbioru dzieła architektonicznego. Tak myślałam na początku studiów, po przeczytaniu  „Odczuwania architektury” Rasmussena. Doszłam wtedy do wniosku, że to strasznie banalna książka z paroma  trafnymi w sumie spostrzeżeniami, ale przecież do podobnych wniosków każdy, niekoniecznie architekt, mógłby dojść samodzielnie. Okazało się jednak, że umiejętność odbierania architektury wszystkimi zmysłami zostaje z czasem zdominowana przez chłodną analizę rozwiązań projektowych. Regularnie wracam więc do Rasmussena i świadomie używam w projektowaniu pewnych opisanych tam założeń.

Jedno z największych architektonicznych rozczarowań mojego życia było związane właśnie ze zmysłowym odczuwaniem budynku. Miałam okazję zwiedzić tylko jeden budynek Tadao Ando – pawilon konferencyjny na kampusie Vitry w Weil am Rhein. Spośród wszystkich zlokalizowanych tam znanych obiektów właśnie tego nie mogłam doczekać się najbardziej – żadna Zaha, żaden Gehry nie ekscytował mnie nawet w połowie tak mocno, jak prosty klocek Ando. Oczekiwałam chłodu – nie tylko prostej, niemal pozbawionej detalu formy, ale przede wszystkim zmysłowego zimna betonu, które wydawało się promieniować nawet ze zdjęć budynku. A tam niespodzianka – ponieważ wszystkie budynki na terenie Niemiec muszą spełniać wymagania lokalnego prawa budowlanego, które określa oczywiście również przenikalność termiczną ścian, mój upragniony chłód diabli wzięli. Wszystko było ocieplone i to tak, że całą izolację ukryto w betonie. Gładziłam z niedowierzaniem ścianę po ścianie i żadna nie była ani odrobinę chłodna. Oszustwo!

Gładzenie i wąchanie to dla mnie w każdym razie nieodłączne elementy odbierania architektury. Podczas każdego wyjazdu rozbawieni znajomi robią mi zdjęcia, takie jak powyższe, na którym przytulam się do okładziny z cortenu gdzieś w Barcelonie. Do niektórych ekscesów wolę się nie przyznawać, ale dopóki policja nie ściąga mnie z elewacji, których koniecznie muszę dotknąć, nie są chyba jeszcze zbyt ekstremalne. Ale kiedy mam do czynienia z rzemieślniczymi detalami, które łączą kamień, drewno albo metal, to naprawdę nie mogę się powstrzymać. W Wenecji i Weronie gładzę Carlo Scarpę, w Pradze Plečnika – aż się boję jechać do Lublany, bo tyle tam jego budynków do pomiziania…

[fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: