Detroit

IMG_0943

Po obejrzeniu dziś „Detropii” w Instytucie Kultury Miejskiej przypomniała mi się wizyta w Detroit dwa lata temu. „Motown” było jednym z najważniejszych punktów pięciotygodniowej podróży przez Stany, do której na pewno będę nieraz wracać na blogu. Oglądałam wcześniej filmy dokumentalne i wysłuchałam wielu wykładów na temat tego umierającego miasta, ale czułam, że to miejsce, które trzeba zobaczyć na własne oczy. Zwiedziliśmy z Łukaszem główne architektoniczno-urbanistyczne „atrakcje”, chociaż z uwagi na poziom rozkładu i dewastacji miasta to określenie brzmi wyjątkowo ironicznie. Widzieliśmy spalone domy, zdewastowany ogromny dworzec kolejowy, ale również przykłady urban farmingu. Za kilka dolarów łapówki udało nam się wejść do zniszczonego teatru zamienionego na parking, który gra główną rolę w większości dokumentów o Detroit, a ostatnio pojawił się również w „Tylko kochankowie przeżyją” Jarmuscha. Historia głośno chichotała w tym miejscu: najpierw znajdował się tam warsztat Forda, później teatr, w którym występował m.in. Sinatra, a obecnie pod rozpadającymi się dekoracjami parkują samochody i to raczej lexusy niż fordy. Zaskoczyło nas jednak kilka rzeczy: miejskich ogródków warzywnych musieliśmy nieźle się naszukać, chociaż obejrzane wcześniej filmy sugerowały, że jest ich mnóstwo, nie spotkaliśmy żadnych artystów, chociaż podobno przenoszą się tam masowo w poszukiwaniu inspiracji i niskich czynszów, za to w żadnym z wcześniejszych źródeł nie widzieliśmy sklepów monopolowych na odludziu – strzeżonych fortec, z których bronią palną pachniało na kilometr.

Zatrzymaliśmy się w motelu w pobliżu centrum. Okazało się, że przyjmujący nas recepcjonista to Polak, kilkanaście lat starszy od nas Ślązak. Bardzo się podekscytował na nasz widok: nie dość, że Polacy, to jeszcze TURYŚCI! Turyści w Detroit – to prawie jak plażowicze na Grenlandii. Ostrzegł nas, gdzie lepiej się nie zapuszczać, chociaż w samym motelu również działy się mało przyjemne rzeczy. W dniu naszego przyjazdu wynoszono nieboszczyka, bo prostytutki zafundowały jednemu z gości złoty strzał i okradły (poczuliśmy się jak w amerykańskim filmie sensacyjnym). Wieczorem nasz polski recepcjonista stwierdził, że zamierza wpaść na chwilę do kasyna i gdybyśmy chcieli mu towarzyszyć, chętnie nas zabierze i odwiezie bezpiecznie z powrotem. Czemu nie? Nigdy jeszcze nie byliśmy w kasynie, a Vegas mieliśmy odwiedzić dopiero kilka tygodni później. Pojechaliśmy. Nasz gospodarz natychmiast po przekroczeniu drzwi kasyna stał się innym człowiekiem. Wyprostował się, postawił kołnierz skórzanej kurtki, rozluźnił krok i nawet głos mu się zmienił na bardziej pewny siebie. Wszystkie kelnerki okazały się starymi dobrymi znajomymi, „tu możecie sobie wziąć darmową kawę”, zaczęło się stawianie drinków i kombinowanie, do którego ze stolików z black jackiem usiąść. Czułam jednak w powietrzu ciężką atmosferę oraz straszną samotność i dopiero późniejsze porównanie z Las Vegas pokazało wyraźnie, na czym polega różnica. W Vegas, przynajmniej na pierwszy rzut oka, chodzi o rozrywkę – przyjeżdża się ze znajomymi, imprezuje i przepuszcza kasę. Jest też drugie dno – uzależnienia, depresja, wszystko to, co tak przerażająco pokazano w „Zostawić Las Vegas”. Jednak podczas gdy w Vegas udaje się to ukryć pod powierzchnią kiczu, złoconego plastiku i dobrej zabawy, w Detroit cała ciemna strona wybija się na pierwszy plan. Przy krupierskich stolikach siedzą ludzie, którzy z beznamiętnym wyrazem twarzy tracą fortuny, żeby chociaż na chwilę przestać odczuwać samotność i bezradność. Widać było, jak drobnymi gestami próbują osiągnąć wrażenie, że komuś na nich zależy – każdy wygrany dolar uczczony jest „żółwikiem” z wymuszonym entuzjazmem, każdy przegrany – zagranym smutkiem. Poczucie bezsilności w umierającym mieście wygłusza emocje. Ktoś przy nas przegrał kilka tysięcy dolarów, ale na jego twarzy nie poruszył się ani jeden mięsień. W tym samym kasynie był kiedyś przypadek samobójstwa na sali, dlatego kontrola przy wejściu przypominała tę na lotniskach. W toaletach na umywalkach stały stalowe pojemniki na zużyte igły. Ta infrastruktura, stworzona w celu kontrolowanego, bezdusznego wyciągania pieniędzy od ludzi, którym nie pozostała już nawet nadzieja, groteskowo kontrastowała z rozpadającą się infrastrukturą miasta, gdzie nie ma nawet  pieniędzy na oświetlenie ulic.

Dlatego nie potrafię patrzeć na degradację Detroit jako na urbanistyczny problem opuszczonych domów.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

3 thoughts on “Detroit

  1. bardzo ponure i przygnębiające to miejsce musi być. Myśli, że całkiem opustoszeje wkrótce?

    • sixlettercity pisze:

      Myślę, że nie, bo nadal znajduje się tam sporo miejsc pracy (chociażby publicznych – w szkołach, administracji czy ośrodkach zdrowia), ale miasto zupełnie zmieni swój charakter. Już nie odzyska przemysłowej potęgi, chociaż nikt nie wie, jakie są najbardziej prawdopodobne scenariusze, bo taki process wyludniania nie wydarzył się jeszcze nigdy dotąd na świecie, pomijając oczywiście klęski żywiołowe. A uczucie przygnębienia jest tam obecne prawie wszędzie, oprócz kilku „oaz”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: