Drugorzędny krawężnik

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Początek wiosny celebrowałam w Łodzi. Pogoda dopisała idealnie i nawet w nocy można było siedzieć na zewnątrz. OFF Piotrkowska pękała w szwach – takich tłumów nie widziałam już dawno. W międzyczasie odbywały się pierwsze imprezy z okazji tegorocznych Fashion Days, więc rozkopaną Piotrkowską cały czas przemykali  ludzie mody. Ponieważ łódzka hipsterka jest chyba najbardziej hipsterska w Polsce, poziom przestylizowania na ulicach robił wrażenie, jakby łodzianie – świadomie lub nieświadomie – usiłowali zatrzeć atmosferę robotniczo-przaśnego niewyrafinowania, o którym pisałam ostatnio tutaj. Ostateczny efekt zderzenia tych dwóch światów dościga atmosferę berlińskich czy nowojorskich artystycznych dzielnic. Kiedyś słynne na całą Polskę łódzkie życie nocne koncentrowało się w rozsypanych po całym mieście klubach – Piotrkowska była zbyt drobnomieszczańsko-zakupowa, aby wypadało się na niej pojawiać bardziej alternatywnemu towarzystwu. Odkąd jednak straciła swój ultrakomercyjny charakter na rzecz centrów handlowych, night life kumuluje się właśnie w OFF.

Ludzie przychodzą tam zarówno do knajp, jak i spotkać się ze znajomymi na świeżym powietrzu. Niekiedy lekko nielegalnie, bo nie płacąc w marży za alkohol za atmosferę miejsca.  W miniony wekend królowała, przynajmniej wśród zaobserwowanych dziewczyn, cytrynówka pita z gwinta pod płotem. Pod płotem, na stojąco, bo pomijając Manufakturę i parki, w Łodzi ławek jest jak na lekarstwo. Według kategorii z Gehlowskiego „Życia między budynkami”, czyli podziału miejsc do siedzenia na pierwszorzędne (celowo ustawione ławki) i drugorzędne (murki, schody i inne „przysiadalne” elementy), brakuje tam obu rodzajów. Nieobecność pierwszorzędnych to pierwszorzędna strategia walki z żulerią w przestrzeniach publicznych. Z kolei brak drugorzędnych wynika z tektoniki miejskiej tkanki – większość śródmiejskiej zabudowy Łodzi to kamienice ustawione w długie, ciągłe pierzeje, bez załomów i murków. A przecież w mieście czasem chce się spontanicznie przysiąść, tak jak Audrey i Marylin ze zdjęcia, które postanowiły odpocząć na bazie kolumny jednego z budynków w centrum Glasgow. Było ich mnóstwo – co najmniej dziesięć Hepburn i drugie dziesięć Monroe na wyjątkowo wcześnie startującym wieczorze panieńskim. Pojawiły się nagle, przysiadły, załopotały rzęsami, pohałasowały chwilę i pomknęły dalej. Dzień był równie słoneczny jak pierwszy weekend tegorocznej wiosny, więc nawet w cienkich sukienkach mogły zignorować ryzyko „złapania wilka”. Co jednak zrobić, kiedy nie ma gdzie przysiąść? W weekend, aby dokończyć jakąś ożywioną dyskusję, usiedliśmy z przyjacielem na krawężniku i gadaliśmy tak do czwartej nad ranem. Krawężnik? Czemu nie? Nieformalnie, spontanicznie – tak, jak miasta używa się najprzyjemniej. Poczułam się znów jak piętnastolatka gadająca bzdury o sensie życia. Wypaliłam nawet ze dwie fajki, chociaż ostatnio robiłam to w liceum. Morał jest taki, że miejskie przysiadanie miewa niekiedy pewną niesamowitą cechę – natychmiastowo odmładza. Panie Gehl, proszę o tym koniecznie wspomnieć w następnym wznowieniu książki!

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

One thought on “Drugorzędny krawężnik

  1. […] „przysiadanie”, o którym pisałam już kiedyś w kontekście pewnego łódzkiego krawężnika, odbywa się dosłownie wszędzie. Rozumieją to doskonale projektanci nowych przestrzeni […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: