Koolhaas

REM
Gdańsk ostatnio architekturą stoi. Po długim okresie posuchy nagle narobiło się tyle wydarzeń, że Facebook nie nadąża z powiadomieniami i zdarzają się dni, kiedy trzeba z bólem serca wybierać. Nie dość, że Instytut Kultury Miejskiej (IKM) od dłuższego czasu organizuje wykłady i projekcje filmów o tematyce architektoniczno-miejskiej (w końcu nazwa zobowiązuje!), to na dodatek studenci wyszli poza mury Politechniki z kilkoma solidnymi edukacyjnymi inicjatywami. O serii „Zawód: Architekt” i „Luźnych Gatkach” wspominałam już na blogu, przy czym absolutnie kapitalnym pomysłem jest lokalizacja „Gatek” – nie na uczelni, nie w żadnej zakurzonej instytucji, ale w pubie w centrum Gdańska. Podczas gdy spotkania w IKM miewają dość nierówny poziom, Loftowa seria, z racji swojego studenckiego charakteru, jest świeża jak szczypiorek na wiosnę i ładuje na dobry tydzień pozytywną energią. Wpadam tam, kiedy tylko mogę i staram się za każdym razem dorzucić swoje trzy grosze, bo nieformalne okazje do pogadania ze studentami bywają dużo ważniejsze od zajęć projektowych. Wczoraj skoczyłam na projekcję dokumentu „Rem Koolhaas – a Kind of Architect”. Film taki sobie – wydaje mi się, że Koolhaas, z całą swoją ekscentrycznością, powinien zostać przedstawiony z jeszcze mniejszym dystansem. Brakowało mi dowcipu i przewrotności „Koolhaas Houselife” o willi w Bordeaux zrealizowanej według jego projektu i o problemach związanych z jej utrzymaniem w porządku. Uwielbiam ten dokument  i oglądałam go z niezłym bonusem – spotkaniem z twórcami i dokręconą reakcją Koolhaasa na pokazane w filmie absurdy. Nie mógł pogodzić się z tym, że do sprzątania tak wyrafinowanego obiektu używane są tak banalne urządzenia jak odkurzacz.  We wczorajszym dokumencie od wypowiedzi współpracowników i ekspertów ciekawsze okazały się fragmenty „The White Slave”,współreżyserowanego przez Koolhaasa filmu z 1969 roku, najdroższej holenderskiej produkcji w tamtym okresie. Wyglądało to trochę tak, jakby Walerian Borowczyk nakręcił film po holendersku – nic dziwnego, że z ponad miliona wydanych guldenów zwróciło się około dwudziestu tysięcy, a film obejrzała zaledwie garstka widzów.

Koolhaasa można wielbić lub nienawidzić, jak pewnie wielbiono i nienawidzono kiedyś Le Corbusiera. Geniusze tak już mają. Sama sytuuję się w fanklubie, chociaż niekiedy mam z jego budynkami podobny problem jak ze sztuką współczesną: zachwycają, pozwalają na różne interpretacje, ale nie zawsze do końca je rozumiem. Studenci poprosili wczoraj o parę słów wprowadzenia, więc przy okazji zrobiłam sobie mały rachunek sumienia czyli listę budynków OMA, które miałam okazję zobaczyć. Okazało się, że „zaliczyłam” około połowy całego zbudowanego dorobku biura. Chyba nieźle, biorąc pod uwagę, że część jest rozrzucona po Koreach, Japoniach i innych Katarach albo są to prywatne wille, do których nawet (a może zwłaszcza) hasło „jestem architektem, czy mogę popatrzeć?” nie otwiera drzwi. Nieskromnie uznam się niniejszym za eksperta i pozwolę sobie na wytypowanie subiektywnej pierwszej trójki zwiedzonych budynków (niestety, nie widziałam na własne oczy siedziby CCTV, a myślę, że znalazłaby się w tym zestawieniu) :

3. Ex aequo Kunsthal i Euralille

Kunsthal cenię za jego świeżość i przełomowość – powstał w momencie, kiedy wszyscy architekci (ale najintensywniej holenderscy) poszukiwali nowej estetyki, a najlepiej więlkiego grzmotu i przewrotu. Chwilę po Kunsthalu narodziły się wszystkie powydziwiane foldingi i inne formalne cuda, na które moda przeminęła szybciej niż szał na legginsy. Lubię Kunsthal za to, że mimo iż kompletnie nie rozumiem, jak tam działają poziomy i jak całość jest przestrzennie zorganizowana, nigdy nie udało mi się tam zgubić albo gdzieś nie trafić.

A Eurallile? Niby antymiejskie, bo co to za urbanistyka z kilku rozsypanych elementów, ale jednak miejskie – jest i przestrzeń publiczna, i nawet drogę można łatwo znaleźć. Jak w Kunsthalu.

2. Casa da Musica w Porto
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To budynek złożony z samych kontrastów. Forma? Pogięty kloc, ale pod każdym kątem wygląda inaczej. Materiały? Użyte przewrotnie – tanie połączone z drogimi, trwałe z nietrwałymi. Przestrzeń publiczna dookoła? Paskudnie betonowa, ale pełna ludzi i życia. I tak jest tam ze wszystkim – światłem, kolorami, akustyką – pozornie nic nie powinno działać, a jednak działa. Chyba też na zasadzie kontrastu.

And the winner is…

1. Biblioteka w Seattle

seattle_B&W
Absolutnie bezkonkurencyjna. Tyle razy wcześniej widziałam ją na zdjęciach, oglądałam schematy funkcjonalno-przestrzenne, próbowałam zrozumieć skalę i kontekst – wszystko na nic. Wizyta w tym budynku to doświadczenie całego kosmosu zamkniętego w przezroczystej skorupie. Czy to jeszcze budynek, czy już infrastruktura? Spacer po nim oznacza niespodziankę za niespodzianką – można się tam poczuć jak Alicja w Krainie Czarów, która aplikuje sobie powiększające i pomniejszające eliksiry. Budynek gra skalami – raz wydaje się znacznie większy w środku niż na zewnątrz, żeby za chwilę zaskoczyć kameralnością, a zamiast po Koolhaasowemu „fuck the context”, siedzi sobie grzecznie w kwartale. Na dodatek użytkownicy go uwielbiają, chociaż nie zawsze traktują z szacunkiem – na własne oczy widziałam faceta tak wkurzonego, że dotarł tam kilka minut po zamknięciu, że rozpiął rozporek i wysikał się przed samym głównym wejściem. Ale to raczej nie był dowód nienawiści do architekta.

PS. Kiedyś pokażę nasze zaproszenia ślubne i wtedy dopiero się okaże, jaka ze mnie fanka Koolhaasa:)

[fot. Monika Arczyńska. Pierwsze zdjęcie absolutnie przypadkowe, po prostu wszedł mi w kadr – duży facet z niego]

Reklamy

5 thoughts on “Koolhaas

  1. k. pisze:

    jestem bardzo ciekawa tego zaproszenia 🙂 swoją drogą – świetny blog, dodaję do ulubionych 🙂

  2. sixlettercity pisze:

    Dziękuję! A zaproszenie pokażę już niedługo:)

  3. u mnie przestrzeń zamknięta w bryle w casa da musica wywołała wrażenia tak głębokie, że aż fizyczne. z powodu tych wszystkich skosów czułam się jak na rozbujanym statku – dosłownie choroba morska. nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie zdarzyło mi się coś takiego. co nie znaczy, że budynek mi się nie podobał, taki meteoryt między małymi kamieniczkami. tylko nie wiedziałam, że architektura może aż tak działać na człowieka.

    • sixlettercity pisze:

      A ja z kolei miałam podobnie dziwne odczucia w Seattle – ten budynek jest tak ogromny i przesycony światłem, że momentami wydawało mi się, że jestem nie w środku, ale w zewnętrznej przestrzeni. Rzadko się zdarza, żeby granica pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem była tak nieczytelna (chociaż zawsze zauważalna, bo wszędzie widać te romby przeszkleń).

  4. […] Obiecałam już kiedyś, że pokażę nasze ślubne zaproszenia, a dziś akurat jest idealna okazja – rocznica ślubu. Jak zapowiadałam, zaproszenia mają coś wspólnego z Koolhaasem, a mianowicie ilustrację Madelon Vriesendorp do jego „Delirious New York”. Kobiecy Chrysler i męski Empire State Building leżą w łóżku – pamiętam, że gdy zobaczyłam tę ilustrację po raz pierwszy, na początku studiów, pomyślałam: „Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, na pewno użyję jej w zaproszeniach”. Co prawda nie mogłam jeszcze wtedy przewidzieć, że mój mąż też będzie „arch.”, ani że będzie wysoki jak wieżowiec, podobnie jak ja. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności oba warunki zostały jednak spełnione. To się nazywa „myślenie życzeniowe”. Pojawił się tylko problem, skąd wytrzasnąć ten obrazek w odpowiedniej rozdzielczości. Na szczęście moja szefowa miała pierwsze wydanie książki, z którego mogłam zeskanować ilustracje. Była bardzo zdziwiona moim zaskoczeniem i zachwytem, że posiada egzemplarz pierwszej edycji – to już kolekcjonerska pozycja, warta kilkaset euro. Dowiedziałam się o tym stażując w Hadze w biurze założonym przez dziadka Koolhaasa, znanego międzywojennego architekta, Dirka Roosenburga. W tej rodzinie również musiało zadziałać myślenie życzeniowe, bo jeśli dobrze prześledziłam drzewo genealogiczne, w każdym pokoleniu rodził się syn, który dostawał na imię Dirk, studiował architekturę i przejmował firmę. Dopiero w czwartym pokoleniu coś się sypnęło, bo prawnuk założyciela biura wybrał grafikę zamiast architektury, ale z biurem i tak współpracował. W każdym razie „Delirious New York” – prezent od Koolhaasa z dedykacją – stał na najbardziej wyeksponowanej półce w pracowni. Z kolei szefowa kupiła tę książkę za grosze w momencie, gdy sięgali po nią wyłącznie „nowojorscy architekci, artyści i intelektualiści”. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: