Karuzela

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnio wspominałam o cyrku w mieście – pora na karuzelę. Większości osób kojarzy się ona z dzieciństwem  lub hollywoodzkimi filmami (ach, ten romantyzm randek nastolatków w wesołych miasteczkach!), ale przytoczę dwa związane z karuzelami miejsko-architektoniczne przykłady z mojego dorosłego życia.

Pierwszy to wspomnienie z Florencji sprzed kilku lat, gdzie na jednym z placów stała cudownie staroświecka karuzela z konikami i światełkami. Był piękny, spokojny wieczór, w moich żyłach krążyła przynajmniej jedna butelka lokalnego wina, stałam tam więc jak zaczarowana. Jakby dla dodania sentymentalno-kiczowatego smaczku, z głośników leciała muzyka rodem z „Amelii”. Kiedy już miałam kupić bilet, żeby wsiąść na białego rumaka i poddać się calkowicie tej magii, na karuzelę wskoczyła grupa Rosjanek, buchających estrogenami samic alfa, które zaczęły ujeżdżać koniki, używając trzymających je słupków do… tańca na rurze. Czar prysł w okamgnieniu i nie przypominam sobie brutalniejszego zbrukania niewinnego, romantycznego zachwytu.

Tak bardzo nie mogłam otrząsnąć się po tym wydarzeniu, że wsiadłam na karuzelę dopiero kilka lat później. Za to na nie byle jaką, bo zabytkową Jane’s Carousel z lat 20., która stoi w DUMBO, u stóp Mostu Brooklińskiego. Była mocno wyeksploatowana, a chociaż podobne urządzenia z reguły są dekompletowane i sprzedawane po kawałku, w 1983 roku kupiono ją w całości na aukcji. Okazuje się, że czasem męża-milionera warto mieć nie tylko dla torebek Prady i basenu, bo transakcji dokonał niejaki David Walentas, nowojorski deweloper, a karuzelą zaopiekowała się jego żona Jane. Jane, zajmująca się na co dzień reklamą i sztuką, odrestaurowywała zabytek przez ponad dwadzieścia lat, po czym państwo Walentas podarowali go miastu – trzy lata temu karuzela stanęła w DUMBO. Z uwagi na historyczną wartość nie można było wyeksponować jej na zewnątrz, bez żadnej ochrony. Jak szaleć, to szaleć, więc nasi bohaterowie zamówili u Jeana Nouvela projekt „gabloty” – lekkiego pawilonu, którego dwie ściany otwierają się w ciągu dnia. To wyjątkowo droga gablota – kosztowała 8 milionów dolarów, a miała kosztować jeszcze więcej, lecz udało się (bez estetycznych kompromisów) zoptymalizować kilka technicznych rozwiązań i zaoszczędzić milion. Architekci nie są w stanie samodzielnie rozwiązać technicznie wszystkich aspektów tego rodzaju projektów. W przypadku Jane’s Carousel  konsultantem był Front – amerykańska firma zajmująca się projektami fasad. To wąska specjalizacja, jednak obejmująca ogromnie szeroki zakres projektowy, bo sytuuje się gdzieś pomiędzy tradycyjną inżynierią, materiałoznawstwem a czarną magią – czasem trzeba sprawić, aby elewacje lewitowały. Kto widział Apple Store przy Piątej Alei, ten wie, co mam na myśli. To połączenie inżyniera, artysty i czarnoksiężnika ma dodatkowy walor – specjaliści od fasad to z reguły niesamowicie otwarci i sympatyczni ludzie (ta cecha przydaje się, gdy trzeba pewne szczegóły omówić przy piwie). Ponieważ jako architekt najczęściej zajmuję się właśnie elewacjami i przy projektach muzeów miałam szczęście współpracować z czołówką europejskich „fasadowców”, byłam bardzo ciekawa, czy Front pracuje podobnie do nich. Wykład Marca Simmonsa, jednego z partnerów firmy, był najlepszą okazją, żeby się tego dowiedzieć. Okazało się, że tak – każde zlecenie to ciężka, chociaż satysfakcjonująca praca, wiele nadgodzin, tysiące szkiców i niekończące się burze mózgów. To, co w gablocie dla nowojorskiej karuzeli zachwyciło mnie najbardziej, to łączenia pomiędzy gigantycznymi akrylowymi płytami (mają ok. 8 metrów wysokości). Standardowo wykonano by je z silikonu, ale w takiej wersji wyglądałyby topornie, zastosowano więc złożone w fałdy tworzywo ETFE w złotym kolorze. Diabeł tkwi w szczególe i w tym przypadku dało to diabelnie elegancki efekt. Niektóre projekty, do których jest angażowany Front, wydają się wręcz „biżuteryjne” i stanowią tak niestandardowe wyzwania inżynieryjne, że część komponentów trzeba testować na prototypach w skali 1:1. Wiadomo, co to oznacza: budżety przekraczają wszelkie granice przyzwoitości. Za to inwestorzy stają się prawdziwymi współczesnymi mecenasami sztuki budowlanej – i chwała im za to!

A na karuzelę chętnie wybrałabym się ponownie.

[fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: