Solarium i drogie zegarki

phaidonatlas.com

Zaczęłam właśnie kurs rosyjskiego. Trochę ze względu na ten projekt, a trochę po to, żeby spełnić dawne marzenie i móc sobie obejrzeć w oryginale Czechowa. Chociaż to nie Czechow, a Gorki zmobilizował mnie do pierwszej próby odświeżenia tego języka (załapałam się na kurs w podstawówce). Kilka lat temu na prezentowanych na festiwalu w Dublinie „Letnikach” siadł system wyświetlania napisów, a ponieważ spektakl wystawiał po rosyjsku teatr z Omska, byłam jedną z niewielu osób na widowni, która mniej więcej rozumiała tekst i dotrwała do końca. W Irlandii znajomość rosyjskiego wydaje się bardziej egzotyczna niż mandaryńskiego, więc bardzo z siebie zadowolona, z myślą o podszlifowaniu tej absolutnie wyjątkowej umiejętności, kupiłam nawet podręcznik, żeby uczyć się samodzielnie. Wiadomo, jak się skończyło – po kilku pierwszych rozdziałach książka wylądowała na półce. Teraz jestem na kursie prowadzonym przez sympatyczną Rosjankę, a w kilkuosobowej grupie uczy się jeszcze jedna architekt, urbanistka, inżynier budownictwa i budowlaniec. Czyżby polska branża projektowo-budowlana planowała zmasowane uderzenie na rosyjski rynek?

To uderzenie to zdecydowanie niegłupi pomysł. Zachód powolutku podnosi się po kryzysie, a w Rosji są takie budżety, że każdy chciałby tam projektować. Ma być prestiżowo i zachodnio, więc łatwo tam o zlecenia światowym starchitektom, a status gwiazdy architektury w Rosji oznacza kawior, szampana, limuzynę i ubóstwianie przez tłumy. Tylko że chociaż wielu projektantów próbuje podbić tamtejszy rynek, udaje się tylko największym lub tym, którzy konsekwentnie i od lat pracują na markę swojego nazwiska. Przypatrzmy się, jak zrobiła to sztandarowa rosyjska gwiazda – Erick van Egeraat. Zaczynał lata temu od mocno pretensjonalnych deweloperskich założeń, a teraz działa już w prawdziwie dubajskiej skali. Zresztą nie tylko skali – również z dubajską dosłownością. W okolicach terenów olimpijskich w Soczi zaproponował wyspy w kształcie Federacji Rosyjskiej. Projekt oczywiście wywołał zachwyty (ach, ten imperialny rozmach!), a van Egeraat sprytnie wykorzystał swoje holenderskie pochodzenie, żeby zapewnić inwestorów o technicznej niezawodności proponowanych rozwiązań – przecież nikt nie ma takiego doświadczenia w budowaniu na morzu jak Holendrzy. Na razie nic nie zrealizowano, ale prezentacja projektu dla Putina i klepanie się po plecach owszem było. Marketing ponad wszystko!

Zacznijmy jednak od ważnego stwierdzenia – van Egeraat wcale nie jest kiepskim architektem. Ma na koncie kilka niezłych budynków, zwłaszcza tych zaprojektowanych jeszcze z Mecanoo, chociaż poziom obniża mu się z wiekiem. Albo może raczej im dalej na wschód, tym słabiej. Coś go na ten wschód ciągnęło jednak od dawna. Najpierw uderzał w kierunku Węgier i zazdrościliśmy Budapesztowi, że projektują tam zachodni architekci, podczas gdy w Polsce mieliśmy jeszcze okres niebieskich ścian kurtynowych. Na nas też jednak przyszła pora i doczekaliśmy się mocno ornamentowej ambasady Królestwa Niderlandów, ale to już w momencie, kiedy van Egeraat był już w Rosji wielką gwiazdą. Jak to zrobił? Projekty projektami, ale musiał mieć to „coś”, co Rosjanie bezrefleksyjnie kupią. Postawił na to, co sprzedaje się  najlepiej w krajach, gdzie kapitalizm jest dziki, a konsumpcjonizm rozbuchany: bling-bling. Trzeba wyglądać drogo i już. Drogie garnitury, drogie buty, obowiązkowa opalenizna. Kiedyś Egeraata porównywano do Brada Pitta, ale to chyba przez fryzurę. Teraz się postarzał, roztył i wygląda jak wschodnioeuropejski biznesmen. Czy to botoks na jego twarzy? A może ktoś potrafi rozpoznać na zdjęciu powyżej, co to za zgrabnie wyeksponowany zegarek? Założę się, że van Egeraat pisze wiecznym piórem. Złotym. Ten imidż byłby niepełny bez odpowiednio atrakcyjnej trophy wife, najlepiej pochodzącej z Rosji – poślubienie Rosjanki to jak symboliczne zaślubiny z krajem. Ten punkt programu też odhaczył.

Z tą żoną to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Tiffany van Egeraatova podobno jest modelką, ale na stronie biura męża pojawia się na liście pracowników. Pamiętam za to, że kiedy jeszcze studiowałam w Delft, na gościnnym wykładzie van Egeraata zaskoczyła wszystkich pewna sytuacja. Wśród studentów, w pierwszym rzędzie, siedziała wpatrzona w niego przez cały czas blondyna. Mocno wyróżniała się na tle zmęczonych ślęczeniem nad projektami studentów. Typ Barbie, długie nogi, krótka kiecka – kobieta o funkcji zdecydowanie ozdobnej (podobnie, jak wiele budynków Egeraata). W kuluarach plotkowano, że to była miss Czech. Później dopiero doczytałam, że to jednak Rosjanka i nie miss, tylko modelka. Ale może to faktycznie była Czeszka, ale okazała się mało skuteczna jako przynęta dla czeskich zleceń i trzeba ją było wymienić na bardziej obiecujący – rosyjski – model? W sumie nie przypominam sobie, żeby van Egeraat cokolwiek zaprojektował w Czechach. Nieważne. Erickowi i Tiffany życzę wszystkiego najlepszego, ale marzy mi się powrót do jakości Mecanoo zamiast sztucznych wysp i sesji zdjęciowych z Putinem.

[zdjęcie z www.phaidonatlas.com]

Reklamy

2 thoughts on “Solarium i drogie zegarki

  1. „…nie przypominam sobie, żeby van Egeraat cokolwiek zaprojektował w Czechach”: http://www.erickvanegeraat.com/static/projects/villa_bianca_prague.htm
    10 lat temu miał żonę czeską modelkę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: