„W 2008 roku…”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
“W 2008 roku połowa światowej populacji będzie mieszkać w miastach” – Joanna Kusiak zażartowała kiedyś, że odkąd tylko to stwierdzono, prawie wszystkie publikacje o miastach zaczynały się właśnie tymi słowami. Chwytliwy początek czy odpowiednik nieszczęsnego „Na wstępie mego listu pozdrawiam Cię serdecznie”? Może bardziej papierek lakmusowy pozwalający ocenić, czy warto przebijać się przez ciąg dalszy tekstu. Polecam tę metodę – jeśli te słowa padają w artykule opublikowanym po 2008 roku, proszę go bez czytania wyrzucić do kosza, bo będzie się na pewno składać z frazesów i mało odkrywczych wniosków. Zastosowałam właśnie tę metodę wobec dyskusji po projekcji „Megacities” w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Chociaż staram się nie wychodzić, zanim rozmowa się rozkręci, uciekłam po trzeciej rundzie komentarzy prowadzących. Niestety, padło nie tylko „W 2008 roku…” ale i kilka podobnych formułek. Nie wierzę w cudowny rozwój tej dyskusji, ale jeśli tak się stało i ktoś dotrwał do końca, chętnie wysłucham relacji.

A sam film? Michael Glawogger nakręcił go dokładnie dekadę przed przełomowym 2008 rokiem, ze świeżym spojrzeniem na ówczesny obraz megamiast: Bombaju, Meksyku, Moskwy i Nowego Jorku. Ówczesny, bo w ciągu tych kilkunastu lat wiele się zmieniło – Moskwa stała się jednym z najdroższych miast świata, a brudne ulice Nowego Jorku, na których w filmie przeważają alfonsi i handlarze narkotykami, pewnie już dawno się zgentryfikowały i spacerują nimi co najwyżej hipsterzy. Glawogger skupił się jednak na najniższych klasach społecznych, które nadal żyją tak samo w swoich zwartych społecznościach, wykonując monotonną, ciężką pracę i poszukując od niej ucieczki w prostych rozrywkach i marzeniach o lepszym życiu. Dokładnie jak robotnicy od czasów rewolucji przemysłowej, tylko świat zglobalizował się bardziej i szyte w Bombaju koszule szybciej trafiają na nowojorską ulicę. Życie miejskiej biedoty jest jednak zdecydowanie bardziej malownicze i mówi więcej o lokalnym kontekście, niż gdyby pokazano westernizującą się klasę średnią, która bez względu na geograficzne położenie zmierza do jedynego słusznego konsumpcyjnego modelu. Mam jednak wrażenie, że tytuł filmu jest nieco mylący – to dokument nie tyle o megamiastach, co o megamiastach w pierwszym i trzecim świecie, w których anonimowość lub jej brak i miejski surwiwal mają zupełnie inny charakter. Różna jest też relacja wobec infrastruktury i technologii. W ogromnych ośrodkach ludzie zawsze przypominają trybiki złożonej miejskiej maszyny, ale w pokazanym w filmie trzecim świecie wydają się prawie zrośnięci z posiadanymi narzędziami, które zapewniają im codzienny chleb i definują ich tożsamość. A gdy nie ma narzędzi, sprzedawanie własnego ciała również wpasowuje się w skomplikowany system współzależności oraz wymiany towarów i usług. Dobrze zobaczyć ten działający prostymi, ale zmysłowymi obrazami film po kilku latach czytania akademickich tekstów o istocie megaurbanizacji i wiążących się z nią zagrożeń. „W 2008 roku…”, brzmiące w momencie powstania dokumentu nieco futurystycznie, byłoby akurat dla niego trafnym wstępem.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: