Profesor

wladyslawowo02
Dziś odbył się pogrzeb profesora Szczepana Bauma.

Profesor był moim pierwszym w życiu szefem. Kiedy na studiach postanowiłam zacząć zdobywać doświadczenie w pracowni projektowej, podeszłam do tego zadania w dość wyrachowany sposób. Uznałam, że jeśli już mam spędzić wakacje pracując, to tylko w znanym biurze. W Trójmieście liczyły się wtedy przede wszystkim dwie pracownie – Fort oraz Baum&Kwieciński, a przynajmniej o ich realizacjach pisała wówczas „Architektura-Murator” (absolutna, bo jedyna wówczas, branżowa wyrocznia). Zdobyłam się więc na odwagę, zgłosiłam do biura i udało się – spędziłam całe lato w pracowni Profesora.

Nie miałam wtedy okazji popracować nad żadnym wyjątkowym budynkiem. To w ogóle nie był najszczęśliwszy okres w polskiej architekturze – niby niewiele ponad dekadę temu, ale zupełnie inna epoka w branży projektowej i budowlanej. Dominowały pastelowe tynki na styropianie, niebieskie ślusarki okienne i zaczęło się zasypywanie kraju chińskimi granitami. Miało być szybko, tanio i kolorowo, a inwestorzy oczekiwali tego również od pracowni z ambitniejszym portfolio. Kończyły się również zlecenia na projekty kościołów, których Profesor zaprojektował chyba z dwadzieścia – „na desce” (czy też raczej „na dysku”) nie było wówczas żadnego, a inne budynki użyteczności publicznej raczej modernizowano niż realizowano nowe. Wysyp muzeów, biurowców i hoteli miał się dopiero zacząć kilka lat później. Terminal w Rębiechowie już funkcjonował i nikt wówczas nie przypuszczał, że tak szybko stanie się zbyt ciasny. Podpatrywanie pracy doświadczonych architektów było dla mnie jednak bezcenne. Proces projektowy przechodził tam przez kolejne analogowe i cyfrowe etapy. Fantastyczne odręczne szkice wędrowały na biurka młodszego, zaprzyjaźnionego z komputerami pokolenia (czyli między innymi na moje), a po przekuciu ich w cyfrową dokumentację projekt znów otrzymywał analogową formę, tym razem akwarelowej wizualizacji.

Najbardziej cenię najwcześniejsze dokonania Profesora, z okresu, kiedy ograniczona dostępność materiałów i niska jakość wykonawstwa utrudniały lub uniemożliwiały realizację bardziej śmiałych koncepcji. W takich warunkach tylko Architektom przez wielkie „A” udawało się wyjść obronną ręką z walki o jakość projektów. Potwierdza to przykład jednego z najbardziej niesamowitych budynków Profesora, kościoła we Władysławowie, ukończonego na początku lat 60. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił nam mnie ten budynek, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i nie miałam zielonego pojęcia o architekturze. Nie było wtedy jeszcze dzwonnicy, a kościół, mimo że już dwudziestokilkuletni, odbiegał swoją nowoczesnością od wszystkich kościołów, jakie znałam. Pamiętam, że niezbyt rozgarnięty przewodnik tłumaczył, że stalowe podpory, na których opiera się dach, to zawiasy umożliwiające jego otwieranie. Niezła fantazja, ale nawet bez takich gadżetów budynek wyróżnia się do dziś perfekcyjną geometyczną konsekwencją i detalem. Profesor zaprojektował go z zespołem jako dwudziestokilkulatek – wczesna realizacja do pozazdroszczenia! Już pod koniec lat 80. kościół wpisano do ewidencji zabytków i to chyba bezprecedensowy przypadek w Polsce, żeby trafił tam tak młody obiekt.

Cieszy mnie także drugie życie gdańskiego Domu Technika NOT, zaprojektowanego przez Profesora wraz z Danutą Olędzką. Przez lata stał za wysokimi płotami, bo wiele razy zmieniały się pomysły na zagospodarowanie jego otoczenia. Rok temu zniknęły ogrodzenia i NOT jest w końcu odpowiednio wyeksponowany. W audytorium działa scena teatralna, a na piętrze niedawno otwarto knajpę. Nie drażni mnie nawet nieszczęsna Biedronka na parterze – dzięki niej w budynku stale jest ruch i być może osoby, dla których Dom Technika był przez lata zakurzonym pudłem, schowanym gdzieś za płotem, docenią jego urok. Bo właśnie uroku ma wyjątkowo dużo – myślę, że nawet zagorzali przeciwnicy modernizmu są w stanie go docenić, zwłaszcza we wnętrzach z drewnianymi okładzinami i ceramicznymi mozaikami. Przez lata mówiono o planach jego wyburzenia i pewnie dlatego nie został zmodernizowany. Brak remontów wyszedł mu na dobre, bo większość oryginalnej tkanki przetrwała w niezmienionej formie i doczekała czasów, kiedy powojenny modernizm zaczynają doceniać nie tylko eksperci. Budynek dotknęła go nieco ospa bilbordowa, ale to akurat schorzenie uleczalne.

Dzisiejszy pogrzeb odbył się w Straszynie, gdzie znajduje się kościół pw. św. Jacka, zaprojektowany przez Profesora w latach 80. To ważny sakralny obiekt z tamtego okresu – nigdy nie miałam okazji, żeby go zwiedzić, ale na pewno wybiorę się wkrótce, postawię znicz na grobie Profesora i sfotografuję całe założenie. Obiecuję zdjęcia na blogu!

[rys. Monika Arczyńska]

Reklamy

One thought on “Profesor

  1. byłem na pogrzebie. profesor nie zmarnował życia. świadczy o tym choćby liczba tych, którzy go odprowadzili w ostatniej drodze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: