Marudzenie po polsku

Nie znoszę tej teorii, ale Polacy chyba naprawdę mają zapisane w genach marudzenie. Ba, na pewne sprawy wręcz wypada narzekać.  Ostatnio na przykład na przestrzeń, co zresztą zręcznie podsycił „Wanną z kolumnadą” Filip Springer. Przyznaję, że nie rozumiem do końca tej nagłej eksplozji niezadowolenia, bo tzw. środowisko mówiło o dokładnie tym samym już dawno temu, ale widocznie potrzebna była pewna masa krytyczna osób, którym nagle zaczynają przeszkadzać reklamy i majtkowe tynki na elewacjach. Dzielni partyzanci (maruderzy?) miejscy intensywnie narzekają w dalszym ciągu, a paliwo stanowi m.in. tournee promocyjne Springera* i takie wydarzenia jak rezygnacja Grześka Piątka ze stanowiska naczelnika stołecznego Wydziału Estetyzacji. Radości z tego powodu tym bardziej nie rozumiem,  bo nie zapowiada się, aby jego następcy byli w stanie nagle przeprowadzić rewolucję albo – jak Grzegorz – uratować własny honor.

Staram się nie brać udziału w facebookowych dyskusjach, ale od czasu do czasu czuję się wywołana do tablicy, żeby pewne rzeczy wyjaśnić (jak np. tutaj). Wspomniany Filip Springer wrzucił wczoraj link do tekstu o nowej inwestycji w Miasteczku Wilanów. W skrócie: Polnord postanowił zrealizować inwestycję mieszkaniową na działce, która według planu miejscowego ma przeznaczenie pod funkcje oświatowe lub hotelowe. Aby ominąć te wymagania, zdecydował się na formułę aparthotelu, w którym mieszkania o powierzchni 17-18 metrów kwadratowych będą sprzedawane prywatnym właścicielom. Koncepcja zbliżona do wrocławskiego Startera. No i się zaczęło… Lista zarzutów w dyskusji, jaka się rozpętała w internecie, wygląda mniej więcej tak:

1. Deweloper ma prawo w czterech literach. No ma, nie zamierzam z tym dyskutować i ręce faktycznie mi opadają, kiedy kolejny raz widzę, jak niewiele znaczą plany miejscowe. Właśnie, żeby chociaż wuzetka, na którą można by zwalić winę! Jak w takim razie uda się formalnie przeprowadzić tę inwestycję? Domyślam się, że lokale będą traktowane jak pokoje hotelowe, sprzedawane prywatnym właścicielom – to dość standardowa forma zainwestowania. W typowej sytuacji pokoje byłyby wspólnie zarządzane przez jedną firmę, a właściciele czerpaliby pomniejszone o prowizję zyski i mogliby również sami dysponować swoimi pokojami przez ustalony czas w roku. W przypadku Miasteczka Wilanów pewnie ten element zarządzania zostanie pominięty lub zredukowany do niezbędnego minimum, a lokale pozostaną do pełnej dyspozycji właścicieli, którzy… nie będą mogli zameldować się na pobyt stały we własnym mieszkaniu?

2. „Za drogo!” Serio? 8-10 tysięcy za metr w Warszawie to tak strasznie drogo? Rozumiem, że ceny w stolicy wywołują frustracje, ale dlaczego akurat w tym przypadku jest to aż tak istotne, zwłaszcza, że większość komentujących w Miasteczku Wilanów raczej osiąść nie zamierza?

3. „Powierzchnie lokali są substandardowe, mieszkanie na takiej powierzchni to przecież chów klatkowy”. Co mają powiedzieć w takim razie mieszkańcy wielkiej płyty, gdzie kawalerki zaczynały się od takich właśnie powierzchni? Co prawda minimalna dopuszczalna w Polsce wielkość mieszkania wynosi obecnie 25m2 i to mniej więcej tyle, ile przypada na statystycznego Polaka, ale średnia ta jest mocno zawyżana przez domy jednorodzinne, w których mieszka prawie połowa populacji. Rozumiem, że w przypadku omawianej inwestycji jednostki są traktowane jako pokoje hotelowe. Trochę komicznie brzmi jednak krytyka tak małych lokali w kontekście tendencji samoograniczania i small living oraz coraz większej liczby osób, które mieszkają w pojedynkę i wystarcza im minimalna powierzchnia. W Polsce powstaje doktorat o mieszkaniu na minimalnych powierzchniach, a pisze go osobiście doświadczony w tej kwestii Szymon Hanczar – jego pierwsze minimieszkanie to zaledwie 13 metrów kwadratowych.  Małych lokali poszukują m.in. empty-nesters i w inwestycji Polnordu widzę kapitalną szansę na mieszkania dla seniorów. Miasteczko Wilanów ma dość homogeniczną wiekowo populację, która kiedyś może chcieć lub musieć z przyczyn finansowych przenieść się do mniejszych mieszkań. Najlepiej w okolicy, żeby „nie przesadzać starych drzew”. Aparthotel Polnordu mógłby wówczas zadziałać podobnie do katowickiego bloku dla seniorów, o którym prasa pisała zaledwie kilka dni temu.

3. „To oferta dla lemingów i słoików”. Pewnie, a dla kogo? Skąd założenie, że w Miasteczku Wilanów, gdzie praktycznie cała oferta mieszkaniowa celuje w klasę średnią, miałby zamieszkać ktoś inny? Tak, społeczny „miks” jest pożądany, ale wiadomo, że nigdzie nie udaje się go uzyskać bez odgórnych nakazów i ograniczeń, więc skąd założenie, że akurat w tym miejscu, które niektórzy złośliwie nazywają Lemingradem, miałoby być inaczej? Pretensje komentujących dotyczyły również języka, jakim posługiwał się inwestor opisując osiedle. Nie rozumiem jednak, jak przy codziennym bombardowaniu zewsząd reklamami można nie mieć dość doświadczenia, aby oczyścić przekaz z marketingowej otoczki.

Mieszkanie to nie jest zwykły produkt. Zmienia się i dostosowuje do zmieniającego się popytu. W tekście nie jest wspomniane, czy mieszkania można ze sobą łączyć. Tak się wkopali m.in. Holendrzy – większość  wielorodzinnej mieszkaniówki jest budowana jako tania i szybka w realizacji żelbetowa „krata”. Zbudowane kilka dekad temu mieszkania są za małe dla współczesnych potrzeb, ale monolityczna konstrukcja uniemożliwia lub absurdalnie podraża ich przebudowę. Nie wiadomo, kto tak naprawdę kupi wilanowskie lokale. Być może wcale nie młodzi, energiczni i świetnie zarabiający – oni pewnie wpakują się szybko w kredyty na budowę domów pod Warszawą, ale wcześniej mogą stanowić grupę docelową osób inwestujących w mieszkania pod wynajem. Jeśli obiekty będą funkcjonowały jako aparthotel, to pewnie raczej dla przyjeżdżających do Warszawy na dłużej pracowników, bo Wilanów imprezową dzielnicą zdecydowanie nie jest. I może dobrze – po kilku latach przemieszkanych naprzeciwko aparthotelu w centrum Dublina zdaję sobie sprawę, że to nie jest najbardziej pożądane sąsiedztwo. Chociaż nie ukrywam, bywało ciekawie – ile się przez okno naoglądałam stripteasów na wieczorach kawalerskich i panieńskich!

Podsumowując, powiem wprost: brzydzi mnie strasznie ta nagonka na aspiracje klasy średniej. Jej konsumpcjonizm jest równie jałowy i bezsensowny jak jałowe i bezsensowne jest marudzenie na kiepską jakość przestrzeni. Podniecanie się nową hondą jest równoważne podniecaniu się kolejnymi klęskami w postaci nowych bilbordów czy seledynowych tynków. Tworzenie wizerunku człowieka sukcesu, którego stać na mieszkanie w Miasteczku Wilanów ma wiele wspólnego z wypracowywaniem wizerunku cynicznego intelektualisty. Taki sam lans, tylko grupa odniesienia inna.  I dopóki nie zacznie się dialog pomiędzy obiema stronami, a zamiast próby zrozumienia wzajemnych motywacji będzie przeważać pogarda, nie poprawi się ani jakość przestrzeni, ani zamieszkania.

* 4 grudnia IKM w Gdańsku organizuje spotkanie z Filipem Springerem.

Reklamy

One thought on “Marudzenie po polsku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: