Orłowo-Mewowo

Obrazek

Kończę właśnie pisać tekst o Nowym Orłowie w Gdyni  dla „Architektury-Murator”: 4,5 ha kolejnej luksusowej realizacji deweloperskiej. Żeby wczuć się w temat, wybrałam się tam dwa razy – ze znajomym historykiem sztuki, który w Orłowie przemieszkał ładnych parę lat oraz z architektami założenia. Znajomy pokazał mi m.in. Willę Gryf z projektowanymi przez Wyczółkowskiego kolumnami, a na widok nowego osiedla zareagował westchnieniem: „Wiesz, tu kiedyś była taka piękna łąka…”. Poczułam się zobowiązana do wyjaśnienia, że przecież miasto musi się dogęszczać w tak świetnie skomunikowanych miejscach, że intensywność tej zabudowy jak najbardziej pasuje do otoczenia, że teren jest naprawdę atrakcyjny inwestycyjnie, a w okolicy chronionej zieleni całe mnóstwo, a poza tym osiedle nie jest nawet ogrodzone, a architektura przyzwoita. Moje argumenty wydały mu się jednak mało przekonujące – wspominał historię Maxima, luksusowe prostytutki, zamożne wdowy po kapitanach i rybaków filozofujących przy wódce o życiu. Mieszkańcy Orłowa zawsze reprezentowali nie tyle cały społeczny przekrój, co jego samo dno i szczyt, w bardzo malowniczej wersji.

Wizyta z architektami miała za to zupełnie inny posmak. Zero sentymentów. Potencjalni klienci uśmiechali się niepewnymi usmiechami klasy średniej, a z witryn  sklepowych błyszczał z plakatów lexus zapowiadający nowy salon. Na parkingu podziemnym spotkaliśmy – uwaga! – mieszkańca. Chyba jednego z niewielu, na których w ogóle można się natknąć w takich inwestycjach, bo większość z nich podobnych lokali ma kilka i na weekendy nad morzem kursuje tylko od święta. Napotkany mieszkaniec najwidoczniej też, bo na pytanie jak mu się tu żyje stwierdził, że to dopiero jego pierwsza noc, że meble śmierdzą strasznie lakierem, a tak w ogóle to mieszka w Krakowie. Na koniec wypalił: „Jak się dziś rano obudziliśmy, otworzyłem drzwi na taras i powiedziałem do żony: wiesz,  ile kasy musiałem wydać, żebyś mogła słyszeć od rana krzyki mew?”.

Może to dlatego, że od lat mieszkam w miastach nadmorskich, ale mewy nigdy nie kojarzyły mi się z pieniędzmi. Kojarzą mi się za to z wysypiskami śmieci, na których opanowują do perfekcji sztukę rozrywania worków na odpadki. A że moje lenistwo 11 listopada sprawiło, że worek na śmieci do kompostowania trafił na chwilę na balkon, mewy rozniosły odpadki, po czym jedna z nich utknęła jak w akwarium, bo balustrady balkonu są szklane. Stukała dziobem, machała skrzydłami  i stresowała się coraz bardziej. Na szczęście udało się ją złapać i wypuścić – przez haczykowaty dziób i białe pióra wyglądała nieco jak orzeł bielik, więc jej uwolnienie miało symboliczne znaczenie. W sam raz na Dzień Niepodległości. To na pewno lepszy uczynek niż palenie tęczy na Placu Zbawiciela.

Morał:  w miastach nadmorskich nigdy, przenigdy nie wystawiajmy śmieci na balkon. Mam nadzieję, że pan z Krakowa też będzie o tym pamiętał.

seagull_rescue

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: